ZMARŁ KS. STANISŁAW ROSPONDEK
wtorek, 19-05-2026
We wtorek, 19 maja 2026 r., w wieku 84 lat, odszedł do Pana śp. ks. kan. płk w st. spocz. Stanisław ROSPONDEK, w latach 1995-1999 proboszcz Parafii Wojskowej w Łodzi.
Nad ranem 19 maja 2026 r. zmarł śp. ks. kan. płk w st. spocz. Stanisław Rospondek, kapłan archidiecezji częstochowskiej, emerytowany kapelan Ordynariatu Polowego, były proboszcz parafii wojskowych m.in. w Kaliszu, Legionowie i Łodzi oraz emerytowany proboszcz parafii pw. św. Jadwigi Śląskiej w Częstochowie. Miał 84 lata, od 59 lat był kapłanem.
Uroczystości pogrzebowe rozpoczną się w czwartek, 21 maja 2026 r. o godz. 18.00 Mszą św. żałobną w kościele pw. św. Jadwigi Śląskiej w Częstochowie.
Msza św. pogrzebowa zostanie odprawiona w piątek, 22 maja 2026 r. o godz. 14.00 w kościele p.w. św. Otylii w Rędzinach. Liturgii będzie przewodniczył bp Antoni Długosz. Po Mszy św. ciało zmarłego kapłana zostanie złożone na miejscowym cmentarzu parafialnym.
***
Ks. kan. płk Stanisław Rospondek urodził się 27 czerwca 1941 r. w Rędzinach k. Częstochowy. Pochodził z archidiecezji częstochowskiej. Formację kapłańską odbył w Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie. Święcenia kapłańskie przyjął 18 czerwca 1966 r.
W duszpasterstwie wojskowym posługiwał od 27 czerwca 1983 r. Pełnił służbę kapłańską i wojskową na różnych stanowiskach w Generalnym Dziekanacie Wojska Polskiego, a od 1991 r. w Ordynariacie Polowym Wojska Polskiego. Pracował jako kapelan i proboszcz kościołów garnizonowych m.in. w Żarach, Kielcach, Kaliszu, Legionowie i Łodzi.
Po zakończeniu zawodowej służby wojskowej w 1999 r. przeszedł w stan spoczynku. Był kanonikiem oraz emerytowanym proboszczem parafii pw. św. Jadwigi Śląskiej w Częstochowie.
Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie.
Krzysztof Stępkowski
Fot. Archiwum Kurii Ordynariatu Polowego

Przebaczenie, wiara, służba … sześć dekad życia księdza Stanisława Rospondka
Przez sześćdziesiąt lat kapłańskiej posługi ks. Stanisław Rospondek wznosił Najświętszy Sakrament ponad 27 tysięcy razy, spotykając się jednocześnie z największymi wyzwaniami życia – od dramatów wojskowych po spotkania z ludzką krzywdą i cierpieniem.
W rozmowie z nami ksiądz opowiada o sile przebaczenia, wierze, a także o chwilach, które ukształtowały jego duchową drogę i człowieczeństwo.
Teresa Szajer: Na ile dramatyczne wydarzenia z pierwszych lat życia wpłynęły na kształtowanie się drogi życiowej księdza? Proszę nam powiedzieć, jakie marzenia towarzyszyły księdzu w dzieciństwie?
- To wydarzenie znam głównie z opowieści mojej mamy i babci, które wielokrotnie do niego wracały. Miałem wtedy zaledwie rok, a lekarze nie dawali większych nadziei na przeżycie. Zimą, 14 lutego 1942 roku, zostałem w cudowny sposób uzdrowiony. Moja mama przyniosła mnie wtedy na rękach z Rędzin do kościoła św. Walentego w Mstowie. Droga była trudna i niebezpieczna, ale mama się nie poddała. Tam czekał mój dziadek, Wincenty Rospondek, który po pozwoleniu proboszcza położył mnie pod ołtarzem. Babcia, Zofia Wawrzak, codziennie odmawiała różaniec w intencji mojego uzdrowienia. Mama wspominała później, że to była dla niej najtrudniejsza droga w życiu, a ja byłem w tym czasie pod opieką Świętego Walentego, który – jak wierzę – kierował moim życiem. Dorastałem z poczuciem, że moje życie zostało ocalone dzięki wytrwałej modlitwie najbliższych. To doświadczenie ukształtowało we mnie wdzięczność, pokorę i szacunek do życia oraz świadomość, że powinienem je poświęcić na służbę innym. Choć w dzieciństwie marzyłem jak większość chłopców – o zostaniu strażakiem czy żołnierzem – z czasem zrozumiałem, że prawdziwe marzenia mają sens, gdy pozwalają służyć innym. To doświadczenie uzdrowienia w naturalny sposób poprowadziło mnie w stronę kapłaństwa.
T.S.: Proszę powiedzieć, jak wyglądała księdza droga do seminarium i pierwsze lata studiów w Krakowie?
- Droga była pełna wyzwań. Z pomocą ks. proboszcza Michała Maniewskiego udało mi się dostać do seminarium w Krakowie, mimo że nasza rodzina nie miała pieniędzy na naukę. Pierwsze lata wymagały ogromnej dyscypliny. Musiałem nauczyć się grać na organach w kaplicy seminaryjnej – to była dla mnie prawdziwa próba cierpliwości i wytrwałości. Dzięki wsparciu mentorów i wspaniałych nauczycieli, którzy wierzyli we mnie, zrozumiałem, że kapłaństwo to nie tylko służba Bogu, ale także odpowiedzialność wobec ludzi i wobec historii mojej rodziny, która tak wiele przeszła.
T.S.: Księże Stanisławie, proszę opowiedzieć o swoich pierwszych latach kapłaństwa.
- Po ukończeniu seminarium w 1966 roku rozpocząłem posługę jako wikariusz w Kodrąbie, to jest gmina wiejska w województwie łódzkim, w powiecie radomszczańskim i rodzinna parafia biskupa Stefana Bareły, w parafii św. Jadwigi Śląskiej. Tam odprawiłem swoją pierwszą mszę – to był moment pełen wzruszenia. Założyłem też chór liczący 52 osoby, głównie kobiety, które z ogromnym zaangażowaniem uczestniczyły w każdej próbie i mszy św. Praca wikariusza nie była łatwa. Odwiedzałem odległe wsie – Wąglin, Lipowczyce, Wole Malowaną – czasami pokonując nawet 12 kilometrów, często konno. Te wędrówki, trudne warunki i codzienne spotkania z ludźmi nauczyły mnie cierpliwości, pokory i szacunku dla wiernych. Każda parafia była inna, każda osoba, którą spotykałem, pozostawiała w moim sercu ślad. W pracy kapłańskiej zdałem sobie sprawę, że los księdza w dużej mierze zależy od Boga i od naszej otwartości na innych.
W 1976 roku wydarzyło się coś wyjątkowego – miałem zaszczyt dokonać Koronacji obrazu Matki Bożej Rozprzańskiej w Rozprzy. Później, jako porucznik garnizonu w Częstochowie, ukoronowałem również obraz Matki Boskiej Wypalańskiej. To doświadczenie uświadomiło mi, że kapłaństwo to nie tylko posługa sakramentalna, ale przede wszystkim służba ludziom. Każde spotkanie, każda msza i każda podróż po wsiach były lekcją pokory i mądrości.
Następna moja parafia to parafia w Starych Krzepicach. Była to parafia, w której spotkałem księdza ks. Józefa Cieślaka. To on nauczył mnie grać na skrzypcach – był moim drugim nauczycielem muzyki. Niestety już nie gram, bo życie i zdrowie odcisnęły swoje piętno, ale nigdy nie zapomnę jego codziennej modlitwy za naszą ojczyznę i troski, którą okazywał każdemu, kogo spotykał. To doświadczenie pozostawiło we mnie trwały ślad.
Po Starych Krzepicach los zawiódł mnie do Będzina. Tam rozpocząłem budowę kościoła św. Barbary pod przewodnictwem proboszcza Władysława Barnasa, człowieka niezwykle skromnego, mądrego i pełnego hartu ducha. Powiedział mi wtedy, że jeśli mój dziadek był polskim lotnikiem, moja droga również powinna prowadzić służbą. I tak się stało. W latach 1981–1982 rozpocząłem posługę w Gliwicach. Pewnego dnia odwiedził mnie ksiądz pułkownik dr Julian Chumyński. Po kazaniu, gdy nikt się tego nie spodziewał, poprosił proboszcza o mnie i powiedział: „Zabieram tego człowieka do Warszawy”. Tak trafiłem do garnizonu warszawskiego, gdzie służyłem w trudnych, wojskowych realiach i w szczególnych rocznicach historycznych.
Potem przyszła kolej na Żary, gdzie ratowałem parafię wojskową, a później garnizon kielecki, gdzie utworzyłem parafię cywilną liczącą 9 tysięcy wiernych. Miałem do dyspozycji tylko kilku wybitnych współpracowników, a mimo to, te doświadczenia nauczyły mnie organizacji, cierpliwości i odpowiedzialności.
W 1989 roku trafiłem do Łodzi, gdzie pełniłem funkcję komendanta garnizonu i opiekowałem się kościołem św. Jerzego. Kościół był ogromny – 78 metrów długości – i w niedziele nie mieścił wszystkich wiernych. Tam powiększyłem ołtarz i umieściłem w nim największych polskich świętych: św. Stanisława, biskupa męczennika, mojego patrona, oraz św. Andrzeja Bobolę, patrona naszej ojczyzny, prześladowanego przez Kozaków. To były lekcje pokory – uczyłem się, że ksiądz powinien patrzeć nie tylko na ołtarz, ale i na ludzi, którzy stoją lub klęczą przed nim. W Łodzi pozostałem do 1999 roku, a w 2000 roku podjąłem kolejne wyzwanie: budowę kościoła w Częstochowie, w dzielnicy Bór, na Wypalankach.
Przez trzy lata powstawał wspaniały kościół wraz z plebanią, dzwonami, organami 60-głosowymi i witrażami. Ukoronowałem obraz Matki Bożej, nadając mu królewskie insygnia: perłę, jabłko i złotą różę. W tym miejscu zostawiłem swoje ślady – muzyczne, duchowe i wojskowe. Każdy detal, każdy kamień i każda modlitwa były świadectwem drogi, która zaczęła się w dzieciństwie, w chorobie i cudownym uzdrowieniu, a prowadziła przez całe życie kapłańskie, pełne wyzwań, nauki i służby ludziom i Bogu.
T.S.: Po latach intensywnej pracy w różnych parafiach i garnizonach, przyszedł czas na emeryturę?
- Tak, przeszedłem na emeryturę po wielu latach służby. Choć formalnie zakończyłem pełnienie posługi, moje serce wciąż pozostaje przy ludziach i przy pracy, którą przez lata budowałem. Przed przejściem na emeryturę przeprowadziłem się do Częstochowy, gdzie spędziłem siedemnaście lat, kontynuując codzienną modlitwę, refleksję i troskę o parafię. To były lata pełne spokoju, ale i dumy – spełniłem swoje powołanie. Wybudowałem kościół, rozwinąłem parafię, powstały dzwony, organy, witraże. Oczywiście nie dokonałbym tego sam – ogromną pomocą służyła mi moja kuzynka, Halina Rospondek, której wsparcie było bezcenne. Patrząc dziś wstecz, dostrzegam, że każdy trud, każda godzina spędzona dla ludzi, miała sens. Moja służba nadal trwa, choć przybrała nieco inną formę.
T.S.: W styczniu tego roku otrzymał ksiądz Krzyż Jerozolimski z okazji 60. rocznicy kapłaństwa. Czy to wyróżnienie ma dla księdza szczególne znaczenie?
- Tak, ma ogromne znaczenie. Krzyż otrzymałem prosto z Ziemi Świętej, wręczył mi go przedstawiciel ambasady żydowskiej. Dla mnie najważniejsze było jednak to, że dokument ten stał się symbolem całej mojej drogi kapłańskiej i służby ludziom. To jednak nie jedyne wyróżnienie, które noszę w sercu. Order I klasy św. Stanisława Biskupa Męczennika, Złota Harfa Akademii Muzycznej w Łodzi – tak nietypowe dla kapłana, a jednocześnie tak znaczące. Pięknym wspomnieniem pozostaje również Złota Tarcza św. Traugutta, a jeszcze cenniejsze – pamięć z 1985 roku, pierwszego roku mojej pracy zawodowej: złoty hełm w Lichten, wśród 1350 żołnierzy z Polski, synów Polaka.
Wśród około 200 wyróżnień, które zostawiłem w Mstowie, i 80 na Wypalankach, ogromne znaczenie miały dla mnie odznaczenia pułkowe, a słowa biskupa Władysława Bandurskiego wciąż brzmią w moich uszach: „Służba Ojczyźnie to kapłaństwo”. Piękne i prawdziwe. Nie sposób też zapomnieć spotkania w sali Klementyńskiej z Janem Pawłem II. Oficerowie, lekarze, kielczanie – wszyscy usłyszeliśmy jego słowa: „Ja też jestem synem polskiego oficera”. Każde z tych słów wryło się w serce. Łza w oku Ojca Świętego sprawiła, że uklękliśmy w głębokiej modlitwie i wdzięczności. Wtedy poczułem, że całe moje życie kapłańskie – każdy trud, każda msza, każda modlitwa – miało prawdziwy sens
W lutym tego roku otrzymałem Złoty Order św. Jana Pawła II, przyznany w osobistym trybie, jest dla mnie wyrazem uznania za lata posługi kapłańskiej, oddania wiernym oraz zaangażowania w działalność duszpasterską na rzecz środowisk wojskowych i patriotycznych. Order ten wręczył mi Zbigniew Gretka, Ambasador Generalny ds. Religijnych na Wszystkich Kontynentach Międzynarodowej Komisji Praw Człowieka z siedzibą w Genewie.
Dla mnie wszystkie wyróżnienia – każde w swoim kontekście – przypominają, że wartość kapłańskiej pracy nie mierzy się jedynie widzialnymi efektami, lecz także tym, co pozostaje w sercach ludzi, których spotykamy na naszej drodze.
T.S.: Co było dla księdza najtrudniejsze w ciągu sześćdziesięciu lat kapłańskiej służby?
- Najtrudniejsze chwile przyszły, gdy byłem podpułkownikiem i kapelanem garnizonu warszawskiego. Razem z moim przyjacielem – wyżej ode mnie w hierarchii, wicedziekanem Wojska Polskiego – pełniliśmy posługę w więzieniu na Rakowieckiej. Nigdy w życiu nie odmówiłem nikomu rozgrzeszenia. Nawet temu, kto zamordował własną matkę. Zapytałem go tylko, czy żałuje. Odpowiedział, że tak. Potem rzucił mi się do stóp i powiedział: „Proszę księdza, Bóg odpowiedział na moje modlitwy”. Nie potrafiłem tego unieść. Przytuliłem go. Później przyjaciele mówili: „Stach, ty się nie nadajesz na kapelana”. Może mieli rację. Ale dla mnie najpiękniejsze było to, że potrafiłem przebaczać – nie w imię własne, lecz w imię Stwórcy, naszego ukochanego Mistrza. Do Niego zwracam się dziś codziennie, w moim domu. Ponad 27 tysięcy razy własnoręcznie podniosłem Najświętszy Sakrament podczas Mszy Świętej. To jest moje szczęście. Oczywiście, były chwile bardzo trudne. Musiałem bronić żołnierza, który nosił krzyż na szyi. Pożyczyłem mu samochód – rozbił go. Pojechał do dziewczyny. Musiałem ponieść konsekwencje. Kiedyś kolega zapytał mnie: „Czy ty nie modlisz się za dużo? Nie wiem, czy Bóg to wszystko słyszy”. Odpowiedziałem mu wtedy: „Dlaczego martwisz się o Boga? Martw się o siebie. Jeśli nie potrafisz się modlić, nie broń innych”. To były ciężkie czasy, pełne wyzwań, które czasem wydawały się ponad moje siły. Podczas stanu wojennego w Warszawie był moment, gdy rozumiała mnie tylko jedna dziewczyna. Miała Najświętszy Sakrament w Watykanie. Po Komunii nie wróciła do domu. Pojechała do dominikanów w Krakowie, na cmentarz, i napisała słowa: „Niech miłość i mądrość Boża królują we mnie”. To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek czuje, że jego droga ma sens, choć jest samotna i trudna. Bywały chwile, gdy pytałem siebie, czy Bóg naprawdę chce, abym dalej szedł Jego drogą. Tak, były takie momenty zwątpienia. Ale miałem ogromne szczęście, że przy mnie była moja matka – święta kobieta, która mieszkała ze mną przez 94 lata. Zawsze powtarzała: „Synu, słońce jeszcze nie wzeszło, a ja już się za ciebie modliłam”. Jej obecność i modlitwy dawały mi siłę w najtrudniejszych chwilach. Dziś mam kaplicę. Mam Najświętszy Sakrament. Mogę nadal ludziom mówić prawdę. Najtrudniej będzie mi umrzeć – bo nie wiem, czy modlitwy tych, z którymi pracowałem, do mnie dotrą. Ale najłatwiej będzie mi spotkać rodziców.
T.S.: Od lat dzieli się ksiądz swoimi kazaniami także w Radiu Łódź. Jak wygląda ta część pracy i skąd czerpie ksiądz inspirację do swoich przemówień?
- Od 29 lat jestem związany z Radiem Łódź. Co niedzielę, a także w Wielki Tydzień, staram się przekazywać słowa, które niosą radość, refleksję i wiarę. To już ponad ćwierć wieku, w którym moje kazania stawały się mostem między ludźmi a ich codziennością, czasem także między nimi a samym sobą. Dzielę je nie tylko w radiowym eterze, ale i w rozmowach z wyjątkowymi ludźmi, jak choćby z wybitnym tenor Dariuszem Stachurą – jednym z najbardziej znanych muzyków w Polsce. Powiedział kiedyś, że nawet gdyby miał śpiewać całą noc, i tak wstałby o szóstej trzydzieści, by posłuchać moich kazań. To słowa, które głęboko mnie poruszyły.Podobnie ciepło wspominał moje kazania profesor Jan Miodek – dziesięć lat temu. Powiedział, że przemawiam „Polska w pełni, nie biało-czerwono w sensie koloru, ale biało-czerwono duchem”. Te słowa uświadomiły mi, jak bardzo istotne jest, by słowo, które się wypowiada, miało własny rytm, własną duszę i prawdziwą tożsamość.
Dziś technologia pozwala mi dzielić się tym słowem, nie ruszając się z miejsca – nagrywam kazania i przesyłam je do radia. Inspirację czerpię z wielu źródeł: z moich wspomnień, z lat spędzonych w seminarium w Krakowie i w Częstochowie, z nauk profesora Tadeusza Olszańskiego, który pokazał mi, że dobre słowo wymaga głębi. Nazywał to „Homileta” – sztuką przekazu kazania. Pamiętam, jak cicho powiedział do mnie wtedy: „Jesteś dobrym pisarzem, zapisuj mocne znaki, Silva Rerum”. To zdanie utkwiło mi w sercu i stało się drogowskazem dla wielu moich refleksji. Czasem powtarzam w radiu te same przesłania – bo tematy życia, wiary i naszej Ojczyzny nigdy nie tracą aktualności. Ale każde kazanie odnosi się też do współczesności, do spraw, które dziś zaprzątają umysły i serca ludzi. Na zakończenie zawsze wracam do słów, które noszę w sercu: „Niech żyje Polska – mój i twój kraj”.
T.S.: Dziękuję za rozmowę.














